Fort Triumph #1: Zlecenie na czwórkę
Wieczór był ciemny. Naprawdę ciemny. Ciemny w ten szczególny sposób, który sugerował, że światło gdzieś istnieje, owszem, ale z tą okolicą akurat nie chce mieć nic wspólnego. Niewielka, acz całkiem popularna karczma stała na rogu, który z punktu widzenia urbanistyki był błędem, ale już z perspektywy podejrzanych interesów, błogosławieństwem.
Narodziny kryzysu
Przechodzących obok lokalu zapraszały do środka kuszące ciała ciepło i drażniące nozdrza zapachy. Wewnątrz stoły uginały się od kufli piwa o niejasnym pochodzeniu, przy którym trwały rozmowy, prowadzone w większości przypadków półgłosem. Wystarczyła chwila, by upewnić się, że to właściwe miejsce dla każdego, kto szuka kłopotów, przygody lub bardzo złych decyzji finansowych.
Przy niewielkim stoliku na uboczu tajemnicza postać w kapturze potwierdziła właśnie umowę zawartą z pokrytym brodawkami goblinem o nieprzyjemnie szerokim uśmiechu. Planowali coś dużego, co za moment zachęci do pospiesznej migracji wielu ludzi zamieszkujących spokojne regiony królestwa.
Tymczasem kilka metrów od nich pochłonięci dyskusją siedzieli bohaterowie, którzy spokojnie mogli nadchodzący kryzys zdusić w zarodku. Tego wieczoru zajęci byli jednak czymś o wiele z ich perspektywy ważniejszym. Kwestią braku perspektyw związanych z nagłym i niespodziewanym wypadnięciem z łask stałych zleceniodawców.
Świat miał bowiem tę nieprzyjemną cechę, że kryzysy zawsze pojawiały się wtedy, gdy nikt nie miał na nie czasu.
Trzy światy trzech herosów
Liandra Pageturner wierciła się na niewygodnym, drewnianym krześle, przeskakując wzrokiem z jednego towarzysza na drugiego. Drobna brunetka ze spiętymi włosami w fioletowej szacie świdrowała ich w oczekiwaniu na pomysły. W jej głowie tymczasem znudzony brakiem wartościowych rozmówców umysł zajmował się liczbami, które przeskakiwały szybciej niż zaklęcia bojowe. Czesne, opłaty, księgi, opłaty za księgi, opłaty za opłaty. Wiedziała doskonale, że brak zleceń oznaczał nie tylko brak przygód, ale też całą kawalkadę problemów.
Liandra nie marzyła o władzy nad światem. Świat był drogi w utrzymaniu, a ona miała już wystarczająco duży problem z ratą za drugi rok Akademii Niesłychanie Kosztownej Magii. Jej marzenia były więc dużo bardziej prowizoryczne. Teraz oznaczały w praktyce potrzebę nowych zleceń. Jak najszybciej. W jej oczach każdy pokonany potwór oznaczał nagrodę, każda ruina była szansą na artefakt, a każdy wybuch drobną ulgę emocjonalną. I wszystkiego tego bardzo pragnęła.
Po jej lewej dumnie siedział wyprostowany Solaris Ironfloss. Utrata zleceniodawców dla niego była problemem natury zasadniczej, nie finansowej. Blondwłosy paladyn bez misji był bowiem czymś w rodzaju paragrafu bez ustawy. Nadal prawym, nadal poprawnym, ale boleśnie bezużytecznym. W tej właśnie chwili Solaris zastanawiał się, czy brak pracy można uznać za próbę charakteru zesłaną przez siłę wyższą, a jeśli tak, to czy należało ją wpisać do raportu.
Evon Dogbane tymczasem milczał, co samo w sobie było komentarzem. Opierał się krzesłem o ścianę za plecami, a jego broda zdradzała wieloletnie doświadczenie. Był ekspertem o wyjątkowym kunszcie w sceptycyzmie i niezadowoleniu. Wiedział doskonale, że jeśli w karczmie używa się tylnego wejścia częściej niż frontowego, to oznacza to kłopoty. A jeśli bohaterowie akurat nie mają pracy, to statystyka jasno wskazywała, że zaraz ją dostaną. I to bez pytania o warunki. Dlatego ze spokojem i irytującą pewnością siebie milczał, ignorując świdrujące spojrzenie Liandry.
Iskra nadziei
Dziewczyna w końcu nie wytrzymała i podzieliła się swoim pomysłem. Skoro gildie przestały ich wynajmować i potrzebować, to może sami powinni zawiązać spółkę, która znajdzie dla siebie, a konkretnie to dla nich, pracę?
Nikt nie miał nic przeciwko, bo nikt z zasiadających przy stole nie miał w gruncie rzeczy nic lepszego do roboty. Jak postanowiła, tak zrobili.
Trzy kolejne miesiące minęły jak z bicza strzelił.
Troje awanturników zakończyło z sukcesem kolejne niewielkie zlecenie z gatunku tych, które ani sakiewek na długo nie napełniają, ani wielkiej chwały też nie przynoszą. Liandra starała się robić dobrą minę do raczej mało satysfakcjonującej gry i doszukać się czegoś wartościowego na tablicy ogłoszeń. Na drewnianej, sfatygowanej powierzchni dominowały kartki z prośbami o zebranie parzących dłonie ziół czy wybicie szczurów z piwnicy po taniości.
I wtedy Solaris pochwycił wzrokiem coś, co było niczym zagubiony świetlik na nocnym niebie. Zlecenie od samej Lady Aureline. Obrzydliwie bogata arystokratka mieszkała w posiadłości, w której nawet jej lokaje potrafili się zgubić, a służba musiała mieć własną służbę, żeby nadążać za codziennymi obowiązkami. Perfekcyjny zleceniodawca.
Gwarna polana
Oczy Liandry zalśniły chciwie, wyobrażając sobie sowite wynagrodzenie. Solaris doczytał treść notki i dokonał smutnego dla grupy odkrycia, że zleceniodawczyni oczekuje przybycia czwórki chętnych. Jakby nie próbować liczyć, jednego w ich drużynie brakowało. Los rzucił pogrążającej się w rozpaczy Liandrze linę, jakby chciał uratować ją przed załamaniem nerwowym. Zaraz obok wisiało ogłoszenie od poszukiwaczki przygód, która szukała kompanii i reklamowała się hasłem „Ciężko pracuję, ciężej biję, elastycznie podchodzę do wyborów moralnych”.
Oczekiwała na chętnych do połączenia sił na pobliskim wzgórzu. Przeznaczenie nie mogło wyraźniej wołać ich w swoje ramiona. Solaris, Liandra i Evon wyruszyli pospiesznie, znając zasady konkurencji o dobre zlecenia na obecnym rynku najemników.
Na zielonej polanie było tego popołudnia zaskakująco gwarno. Nie tylko ze względu na przybycie trojga awanturników szukających kompanki, ale również ze względu na niewielki oddział goblinów, który zrobił sobie tutaj postój. Pomiędzy drzewami, przy niewielkim akwenie pełnym błękitnej wody, stały też dwie sporych rozmiarów drewniane klatki.
Zderzenie z rzeczywistością bitewną
Solaris potrzebował ledwie chwili, by spostrzec sytuację, w której jako paladyn musiał zareagować. Oto dama była w opresji, jak zdefiniował wyzwanie, czym wzbudził zdziwienie Evona. Łucznik, ze względu na swoją profesję, mógł pochwalić się dobrym wzrokiem i wyraźnie widział postawną kobietę zamkniętą w środku. Nie wyglądała na przerażoną sytuacją. Wprost przeciwnie. Dało się usłyszeć, jak prowokacyjnym tonem namawia kogoś zwanego Gitgurnem, by podszedł bliżej, bo chce oddać mu znalezioną na podłodze złotą monetę.
Goblin, choć sam nie należał do najostrzejszych kredek w piórniku, nie chwycił przynęty. Jego uwagę odwrócili przybyli na miejsce śmiałkowie, w których widział kolejnych jeńców do pojmania i przekazania królowi demonów w zamian za obiecaną nagrodę. Niewielka kompania zielonych wojowników ochoczo ruszyła do boju, spodziewając się łatwego zwycięstwa.
Było to jedno z tych spodziewanych zwycięstw, które nie przetrwały pierwszych trzech sekund kontaktu z rzeczywistością. Do zuchwale ignorujących naturalne osłony goblinów błyskawicznie dotarły pierwsza strzała Dogbane’a oraz magiczny pocisk Liandry. Dwa ciała stopiły się kolorystycznie z zieloną trawą i zrobiły to na tyle dyskretnie, że nie pozbawiły animuszu resztę nacierających. Tych z błędu wyprowadził dopiero młot Solarisa, który uderzał metodycznie, z godnością i pełnym przekonaniem, że właściwie użyta przemoc jest w gruncie rzeczy formą edukacji.
Szkielet Steve
Po krótkim starciu herosi dotarli do klatki z rudowłosą nieznajomą, która przedstawiła się imieniem Krita i wymownym nazwiskiem Skullspitter. Pozostałością po wyczynach słynnego dziada-pradziada.
– Cóż sprowadza barbarzyńcę z chłodów północy w nasze rejony? – zapytał Ironfloss, wyraźnie zaskoczony rozmiarami niewiasty w opałach.
– Głównie zapalenie płuc – odparła krótko, skutecznie mordując konwersację w progu.
Solaris pochwycił rzucone mu przez los koło ratunkowe w postaci szkieleta w drugiej z klatek.
– To Steve. Umarł z głodu, ale zdecydował się wrócić, by zaoferować niezwykle ciekawą opcję rozmowy – wyjaśniła wojowniczka.
– Otchłań wypluwa wszystko, koniec jest bliski! – zakrzyknął Steve, charcząc i strzykając ocierającymi się o siebie zębami.
– Tak, tak, mówiłeś już to, Steve. Nie jesteś najlepszym rozmówcą – odparła Krita, ignorując zupełnie przekazywane w metaforyczny sposób ostrzeżenie.
Liandra nie wierzyła słowom nieznajomej, ale na dyskusję o nieodwracalności śmierci miała przyjść pora nieco później. Wcześniej na bohaterów spadł obowiązek zdobycia klucza do klatek, co oznaczało konieczność dobrania się do zielonej skóry przypatrującemu się zwłokom kilku swoich podkomendnych Gitgurna…
—
Fort Triumph to taktyczno-strategiczna produkcja przygotowana przez CookieByte Entertainment i wydana w pełnej wersji w 2020 roku. Osadzona w świecie fantasy gra łączy w sobie turowe, taktyczne bitwy przypominające serię XCOM lub Final Fantasy Tactics z eksploracją i rozbudową własnej osady mocno inspirowanymi Heroes of Might and Magic. Wszystko to dodatkowo skąpane w sporej dawce absurdu i humoru. Jak wypada gra? Jaką historię opowiada i czy rzeczywiście daje okazję się pośmiać? O tym wszystkim dowiesz się z relacji w formie opowiadania. Tylko w Gralingradzie!





